Ten jeden jedyny!

Czasem tak jest, że jedno spojrzenie wystarczy. Idziesz, niby nie zwracasz na nic uwagi, ale jak się pojawi na horyzoncie to wiesz, że to ten, ta, to… Potem możesz oglądać dziesiątki tkanin, wzorów, kolorów lecz Twój wzrok cały czas wraca do tego jednego jedynego. To już koniec, przepadłaś z kretesem.

Taki dzień…

Zdarza się, że wychodząc z domu wiem już, że to dobry dzień. Po prostu, intuicyjnie. Strasznie to zabobonne i mam wrażenie, że nikt rozsądny nie wziąłby tego na poważnie, ale ja jestem teraz śmiertelnie poważna. Wszystko dzieje się jak na zawołanie. Wchodzę do sklepu np. tkaninowego, od razu znajduję dokładnie to, czego potrzebowałam, coś krzyczy do mnie z półki „Weź mnie! Weź mnie!” – i wiem, że nie mogę odmówić. Wtedy zazwyczaj jestem zadowolona z zakupów. Kiedy męczę się, wybieram, przebieram i nie mogę się zdecydować, zawsze po powrocie jest coś nie tak – za mało, zbyt rozciągliwe, nie pasuje, źle się szyje, brzydkie itp. itd. Dziś był taki dobry dzień. Niby nie kupiłam nic szczególnie wymyślnego – ot, dzianinę na bluzkę, kilka podszewek, takie tam bzdury – ale właśnie te bzdury po jakie wyruszyłam na polowanie…

Jak prawdziwy zdobywca

Te myśliwskie metafory nie są przypadkowe. Lew, gepard, pantera, czy jakikolwiek inny dziki kot, wie o wiele wcześniej, która gazela znajdzie się dziś w jego szponach. Jest jego jeszcze zanim zerwie się do biegu, od samego patrzenia. W przypadku ciuchowych/tkaninowych zakupów bywa podobnie. Żadna racjonalizacja nie wchodzi tu w grę. Wypatrzone = moje. Miłość czy obsesja (a może jedno i drugie) – jeden impuls sprawia, że spośród dziesiątków podobnych materiałów, wiem który powinien znaleźć się w mojej szafie.

W sidłach szmatoholizmu

Można kupić o jeden kawałek za dużo, dwa ewentualnie… ale pięć metrów? Takie „szczęśliwe” dni, kiedy dokładnie wiem czego chcę i co mi się podoba, przeciwdziałają górom „(nigdy nie) przydasiów” rosnącym w naszych szafach. Pewność siebie i zdecydowanie – oto czego mi, domowej krawcowej, potrzeba. Kiedy wyruszam na zakupy z nastawieniem łowcy, a nie ofiary i wiem, że potem powiem „wszystko, co kupiłam było dobre”, łatwiej powiedzieć „nie” kolejnej szmatce, co do której nie jestem pewna, czy jest „must have” czy tylko „może się kiedyś, ewentualnie, przypadkiem przydać”.

Nic na siłę – to pierwsze i jedyne przykazanie udanych szmatozakupów.
Wierzę w zakupowe przeznaczenie.

669772_13940553-001
Źródło: http://www.freeimages.com/

Odpoczywamy?!

Wczorajszy dzień był bardzo zwariowany i nieziemsko męczący, więc na koniec stwierdziłam z pełną stanowczością i zdecydowaniem – „jutro odpoczywamy!”. Dobrze pewnie wiecie, że takie stwierdzenie to tylko kuszenie losu i zapewne spodziewacie się, że o odpoczywaniu dziś nie mogło być mowy.

Zaraz pokażę Wam dlaczego:

hh

Zdjęcie pierwsze od lewej: Powód mojego porannego wkurzenia. Naprawdę cenię i szanuję pocztę polską, ale dziś przeszli samych siebie. Listonosz, nadgorliwiec zadzwonił do moich drzwi o 8. Akurat w dniu, kiedy postanowiłam sobie poleniuchować z rana, bo kopytka mnie bolały jeszcze po wczorajszym lataniu po mieście. Przez chwilę, półprzytomnie pomyślałam „nie otwieram”, ale wizja wieczornej wycieczki po paczkę jakoś przywróciła mi przytomność umysłu.
A i oczywiście wytłumaczenie, co to za „zębatki”. Otóż, pierwsza część zamówienia… Bazy do kaboszonów. Jak tylko dojdzie reszta, będę robić biżuterię.

Obok: Chyba tylko to było w stanie poprawić mi humor po listonoszu – przygotowanie zamówienia dla Goldenbrown. Torba i okładka z kotami – komplet. Droga Goldenbrown – mam nadzieję, że się podobają? Dla mnie to była czysta przyjemność. Dziękuję za przemiłą współpracę i polecam się na przyszłość (:

Niżej, po lewej: Efekt czystki jaką przeprowadził w swojej szafie mój mężczyzna. Dawcami zostały bawełniane podkoszulki. Przeprowadzam teraz operację na nich – robię Zpagetti, o którym pisałam tutaj. Właśnie powstaje pierwszy, biały koszyczek. Jeszcze trochę krzywy i dziurawy, ale to moja pierwsza próba ze zpagetti. Nawet wysłużone szydełko zechciało współpracować. Mogłoby być nieco grubsze, ale trudno.

Obok: Moje „firmowe” naszywki, które powstały dziś w ramach nauki nowej metody – transferu nitro. Zainspirowała mnie do tego Marta z bloga http://wiklinoweroznosci.wordpress.com/, która wykonuje piękne rzeczy między innymi przy użyciu transferu nitro.

Ostatni rząd, po lewej: Pięć ślicznych tkaninek wygranych w Candy organizowanym przez autorkę bloga http://szyjdobrze.pl/. Znalazłam je wczoraj wieczorem w skrzynce i teraz cały czas zastanawiam się, co z nich powstanie. Tak, już mam.

Obok: Plany na wieczór. Wyśmienita Pruska narzeczona Jurija Bujdy i, nie mniej wyśmienita, herbatka z owocami leśnymi. Może wreszcie odpocznę… (:

Czytanie jest seksi

Od jakiegoś czasu media krajowe oraz internet opanowała czytająca propaganda. Nieczytający są nieustannie szykanowani, zaś pewne środowiska stosują wobec nich groźby karalne na tle seksualnym (Nie czytasz, nie idę z Tobą do łóżka). Powstały również serwisy społecznościowe skupiające wokół siebie bojówki czytających (m.in. Lubię Czytać), służące zepchnięciu nieczytającej większości (60%) na margines społeczeństwa. Jak powszechnie wiadomo, jest to skutek działalności KGB, FBI, BBC, InterCity oraz tajnych agentów międzynarodowych korporacji produkujących tzw. czytniki e-booków (przez wroga nazywanych pieszczotliwie kundelkami), które są w istocie zamaskowaną aparaturą obcego kontrwywiadu. Współpracuje z nimi również niejaka Zashevka, która nie dość, że aktywnie czyta, to jeszcze rozpoczęła produkcję okładek na książki…

Dobrze, dobrze, już mówię o co chodzi.
Faktycznie, ostatnio opanowało mnie szycie okładek na książki. Dziś postanowiłam pokazać Wam pierwszą część tego, co powstało – okładki uszyte z wzorzystych tkanin, które skojarzycie zapewne z innymi moimi tworami. Przygotowałam również tutorial dotyczący szycia okładek, ale zamierzam zgłosić go do Tutorialady organizowanej przez jakuszyc, więc musicie na niego trochę poczekać. Takie materiałowe okładki powstały 4 i mają różne wersje.

Nr 1. Okładka z bawełnianą zakładką i ceramicznym koralikiem. Szerokość (od brzegu okładki, przez grzbiet, do drugiego brzegu) – 31 cm, wysokość – 23 cm, szerokość „skrzydełek” do wkładania okładki – 8,5 cm. Pasuje na większość książek o formacie zbliżonym do A5.

DSC00371

Nr 2. Okładka z zakładką atłasową, zamykana na gumkę. Szerokość (bez skrzydełek) 32 cm, wysokość 23, szerokość skrzydełek 8,5 cm.

DSC00566

Nr 3. Okładka z atłasową zakładką. Wymiary takie jak tej truskawkowej.

DSC00556

Nr 4. Okładka z atłasową zakładką, na gumkę. Szerokość (bez skrzydełek) – 27 cm, wysokość 21 cm, szerokość skrzydełek – 9 cm. Pasuje na książki nieco mniejsze niż standardowe A5.

DSC00546

Tutaj zbliżenia:

Oczywiście było mi mało, więc wymyśliłam, że kolejne okładki będą malowane – już powstają. (:

Bardzo Subiektywny Poradnik Szyciowy – O tkaninach bez przesady

Wszystkie wiemy, że szycie to finansowa studnia bez dna. Dziś kilka słów o tym, jak nie zbankrutować kupując tkaniny.

Mój pierwszy kontakt z materiałami w ilościach hurtowych nastąpił, gdy dostaliśmy kawałki tkanin pozostałych po okolicznej, upadającej szwalni. Stąd posiadam w domu choćby absolutnie bezużyteczne płachty podgumowanego, fluorescencyjnego, pomarańczowego czegoś. Cóż… Po dziś dzień nie wiem jak to wykorzystać – mogę oddać w dobre ręce.

Telas Cusqueñas

Pierwszym miejscem w jakim kupowałam tkaniny był oczywiście sklep zwany w zamierzchłych czasach bławatnym. Był to sklep dość specyficzny, bo skupujący belki materiałów pozostałe ze zleceń w okolicznych szwalniach. W związku z tym ceny materiałów były rozsądne, a wybór duży. Dziś sklep obejmuje 3 sale po około 30 metrów kwadratowych, szczelnie, od sufitu do podłogi, wypełnione najrozmaitszymi tkaninami od szyfonu po flausze, od firanek po flizeliny. Ceny pozostały całkiem korzystne i kiedy mam na myśli konkretny materiał, zawsze zaglądam właśnie tam. Przykładowe ceny: bawełna (w zależności od grubości) 8 – 14 zł, szyfon – ok. 15 zł, wełna/flausz – 25-40 (w zależności od grubości i składu), sztruks – 10 – 14 zł.

Sarongs

Od stosunkowo niedawna źródłem tkanin stały się dla mnie „szperaczki” (sh), gdzie można kupić…zasłonki. To zaskakujące, czego ludzie używają jako zasłon. Często można tam kupić piękną bawełnę lub szyfon za przysłowiową złotówkę. Tkaniny po 5-9 zł za kilogram, to istny raj dla miłośniczek niskobudżetowego szycia. Materiały z sh można z powodzeniem wykorzystać na dekoracje do domu.

Second handy przydają się jeszcze z jednego powodu. Można tam kupić ubrania w rozmiarze XXXL i za 2-3 złote przemienić je w fantastyczną kreację.

Fabtex 23

W tkaniny podstawowe, pierwszej potrzeby zaopatruje mnie IKEA. Kupuję tam głównie niebarwioną, naturalną bawełnę (8 zł/ mb) i cienkie bawełny monochromatyczne. Pozostałe materiały są drogie i nie w moim guście. Głównie ich design mnie odstrasza, a ponadto 25 zł za metr bawełny z nadrukiem, to dla mnie kosmiczna kwota.

Luxurious Fabric

Adela z bloga ADELA SZYJE pisze o resztkach z Leroy Merlin. Tego źródła jeszcze nie przetestowałam, bo do Leroy’a mam daleko, ale planuję wybrać się tam w najbliższym czasie i sprawdzić „czym to się je” i czy warto odbywać tak dalekie wyprawy.

Nigdy też nie kupowałam materiałów na allegro, ani w sklepach wysyłkowych. Powody są dwa: wysoka cena oraz to, że lubię pomacać zanim kupię – nie kupuję kota w worku.

Jakie są Wasze źródła pozyskiwania tkanin?